Poglądy

Kto choć cokolwiek zna umysłowe i literackie życie społeczno-demokratycznego stronnictwa, wie, że Bebel jest w wielu swych poglądach odosobniony i przez własnych stronników zwalczamy, a on sam nie ma bynajmniej pretensji, by go za teoretyka uważano. Prócz tego Bebel powoływał się na taki darwinizm, którego Darwin był jedynym przedstawicielem. Dla scharakteryzowania argumentacji Zieglera przytaczam następujące uwagi bardzo dla mych badań znamienne: „Wybierając ustępy wśród całego tekstu, starałem się sumiennie wyrazić istotne poglądy Darwina, pomijałem jednak te, które moim zdaniem skutkiem nowych obserwacji lub wskutek zmian teoretycznego poglądu straciły znaczenie. Odnosi się to w szczególności do tych ustępów, w których mowa o dziedzicznym przekazywaniu następstw użycia lub nieużywania pewnych organów, o powstawaniu instynktów ze zwyczajów i nałogów”. Bebel stał na tym ostatnim stanowisku, a Ziegler tak samo jak Ammon zwalczają go argumentami czerpanymi z nowej teorii Weissmana. Ziegler w książce Bebla: „Kobieta i demokracja społeczna“ upatruje „bezwarunkowo uznane poglądy społeczno-demokratyczne, z czego socjaliści po prostu się śmieją; poza tym popełnia jeszcze tę niedorzeczność, że sam na swoją rękę formułuje socjalno-demokratyczną naukę i zbija swój własny wynalazek.

Nie tu miejsce omawiać dowodzenia Zieglera skierowane przeciw poglądom Morgana i Engelsa na pierwotną historię rodziny a opartą na „wiedzy przyrodniczej”, gdyż o tym mówić będziemy w jednym z następnych rozdziałów. Tutaj zwrócimy uwagę tylko na specjalną kwestię, jak stosuje dobór naturalny w walce o byt do ludzkiego społeczeństwa i jak go przeciw społecznej demokracji wyzyskuje. Niesłusznie utrzymuje Ziegler, iż społeczna demokracja znieść pragnie walkę o byt we wszelkiej postaci. Ani chce, ani może tego uczynić po prostu dla tego, że walka o byt jest nieuchronnym naturalnym faktem. Rzeczywiście postać tej walki i jej złagodzenie jest to kwestia, o której dysputować można. Ziegler tłumaczy, że zasada walki o byt działająca w całej przyrodzie musi również i u rodzaju ludzkiego mieć znaczenie, i że ona u niego występuje, po pierwsze jako wojna pomiędzy państwami i narodami, po drugie jako ekonomiczne współzawodnictwo w handlu i przemyśle, po trzecie jako współzawodnictwo w pracy jednostek. Tymczasem społeczna demokracja przeczy, by tym sposobem „dokonywał się dobór najlepiej przystosowanych i najdoskonalszych organizacji” Ziegler bezowocnie usiłuje wykazać, że walka o byt u rodzaju ludzkiego przyczynia się „do doboru, tj. do uprzywilejowania najlepszych i najdoskonalszych”. Jest to wprost śmieszne i świadczy o nieuleczalnym optymizmie w poglądzie na system konkurencyjny, gdy mówi: „Współzawodnictwo w pracy dąży do tego, by słabowitych, głupich, leniwych, lekkomyślnych, a zatem fizycznie, umysłowo i moralnie niższych zgnębić, a wywyższyć silnych i dzielnych”. Dzieciństwem zaś jest przypisywać społecznej demokracji twierdzenie, że ludzie pierwotnie wszyscy byli sobie równi i że ona ich na nowo różnymi uczynić pragnie. Gdy Ziegler łącząc się ze zdaniem Oskara Schmidta w ten sposób tłumaczy słowa Jacoby’ego: „Poznanie natury zmusza nas do uznawania każdego człowieka jako pierwotnie w zupełnie równej mierze istotę zdolną do rozwoju”, jak gdyby Jacoby rozumiał przez to materialną równość wrodzonych uzdolnień, znajduje się on w grubym błędzie, którego nie popełniłby, gdyby pisma Jacoby’ego trochę dokładniej przejrzał i cokolwiek ostrożniej sąd o nich wydawał. Tak jest; my, demokraci społeczni, tak się od przyrody i nauki oddalamy, że widzimy w każdym człowieku od początku istotę w równej mierze zdolną do rozwoju; nasza bowiem przyrodniczo naukowa przenikliwość nie sięga tak daleko, byśmy z czoła noworodka odgadnąć mogli, ile on jako człowiek wykaże zdolności. Również i wnioskowanie o dziecku z charakteru rodziców nie wydaje nam się dość pewnym. Dla tego jest naszym przekonaniem i naszym wymaganiem, by dać wszystkim ludziom bez wyjątku od samego początku też same zewnętrzne warunki rozwoju, by żaden talent, żadna siła moralna czy umysłowa nie zmarnowały się z braku środków wykształcenia. Mamy również przekonanie — a to panów przyrodników wcale nie obchodzi, że w innym ekonomicznym ustroju społeczeństwa wynik rozwoju jednostek w ogóle może być dużo równomierniejszym, a obecne ogromne umysłowe różnice i wielkie, anormalne nierówności wyjątkowego położenia żadnymi naukowymi racjami nie dadzą się ani wyjaśnić, ani usprawiedliwić. Ta kwestia bowiem mieści się na innej stronie księgi żywotów ludzkich.

Ziegler twierdzi w swej książce, że demokracja społeczna chce wszystkich pojedynczych robotników równo wynagradzać. Jest to niemądrym, a śmiałym wymysłem autora, by chciano wszystkim robotnikom dać taką samą płacę, jak zresztą wiele innych twierdzeń, które społecznej demokracji podsuwa. W nawiasach i między cudzysłowami umieszcza zdanie, że demokracja społeczna „wszystkim chce dać równą część dochodu z pracy“. Nie ma tego ani w dziełach Marksa lub Engelsa, ani też w programie socjalno-demokratycznego stronnictwa; jeżeli zaś ktokolwiek kiedy podobne zdanie wygłosił, to niewątpliwie nie rozumiał przez to równej zapłaty, jak Zieglerowi podoba się tłumaczyć.

Książka Zieglera jest przykładem charakteryzującym ducha mieszczańskiego darwinizmu, w czym tylko prześciga go dyletancka maniera „antropologa” Ammona. Błąd jego nie tylko na tym polega, że przyrodę humanizuje, lecz że przyrodę sfałszowaną przez przesądy mieszczańskie, tego podrzutka przyrodniczej wiedzy, podsuwa pod obecny porządek społeczny, a współzawodnictwo o zysk i stanowisko powagą wiecznego prawa przyrody uświęca. Tym sposobem jeden i drugi dochodzą do pełnej ciasnych, mieszczańskich wniosków błędnej nauki o doborze społecznym.